Skromne linie, wydawało by się nieruchome jednak  drgające ale napięte jak struna, dyskretne odbicia ukrytych zwierciadeł, puste płaszczyzny składane w trzy wymiary niczym modele przestrzeni Katarzyny Kobro. Czasem pojawia się czwarty wymiar - a właściwie jego ułuda jak odgłos powoli kapiących kropel albo ruch falowy morza ciągły i nieustanny.

Maria Wasilewska próbuje zaludnić te powyginane przestrzenie, obce i fascynujące jak w dziecięcych kalejdoskopach, ale i uległe w swoim wycofaniu ze świata napęczniałych, atrakcyjnych form, wobec intruza poszukującego czegoś do oswojenia, czegoś o czym cokolwiek mógłby powiedzieć, cokolwiek wydaje mu się, że wie.

Konsekwentna i nieludzka redukcja punktów zaczepienia wymaga rezygnacji z przyzwyczajeń, schematów percepcyjnych dopieszczanych oczywistością. To jak gra z pozornie nielogicznymi drogowskazami, nie dającymi się poskładać w jedną wspólna całość, kiedy bliskie jest odległe, prawe staje się lewe i na wspak, dotyk staje się tylko gestem zastygłym w zaskakującej pustce.

Można zadać sobie pytanie, czy twórca tych światów sam nie jest w nich intruzem? A potem po włączeniu światła wydaje się nam, że widzimy kłębek poplątanego sznurka, kółko, poplamioną farbą sukienkę i rozbite lusterko.

Andrzej Wasilewski, 2007 r